Pierwszy dzień w Szwajcarii

IMG_1281

Szesnaście miesięcy temu przyjechałam, nieco przestraszona, ale pewna siebie, podbijać kraj serem i winem płynący. Jak ten czas szybko zleciał!

Pierwszy dzień tutaj pamiętam, jakby to było wczoraj. Wyjeżdżając do alpejskiego kraju miałam nadzieję, że w końcu zobaczę tamtej zimy śnieg – połowę grudnia spędziłam w Berlinie, gdzie o świętach przypominał tylko nieco już oklapnięty Mikołaj na dachu sąsiadów, a samo Boże Narodzenie w Mołdawii i południowej Ukrainie, z temperaturą zbliżającą się do dwudziestu stopni na plusie. Śnieg zaskoczył nas niestety jedynie po drodze – podczas trwającej osiemnaście godzin podróży, spędziliśmy dłuższą chwilę w zawierusze w okolicach Norymbergi. Kiedy w końcu dojechaliśmy do Lucerny, przywitały nas białe, potężne, alpejskie szczyty… i zielona trawa w ogródku, bo na zewnątrz było osiem stopni! Tamtej zimy moje marzenia o śniegu spełniły się tylko podczas wędrówki na jedną z okolicznych gór.

Już na dzień dobry dość boleśnie skonfrontowałam się ze szwajcarskimi zwyczajami – niewiarygodnie wysokimi cenami parkingu, oraz tym, że wszystkie sklepy są w niedzielę pozamykane – a niestety właśnie wtedy dotarliśmy do miasta. Bardzo zmęczona pognałam na spotkanie organizacyjne do firmy, po drodze mijając radosnych biegaczy, z pięknie wyrzeźbionymi mięśniami i bez grama tłuszczu. Już wtedy zaczęłam się zastanawiać, czy aby na pewno tu pasuję, i czy będę się tutaj dobrze czuła. Okazało się jednak, że widok ludzi uprawiających sport za oknem jedynie motywuje do tego, żeby ruszyć tyłek chociażby na krótki spacer czy przejażdżkę. Dzięki temu wykręciłam na rowerze pięćset kilometrów w dwa miesiące!

Kolejne dni wcale nie był łatwiejsze – zwłaszcza, kiedy okazało się, że moje B2 z niemieckiego jest tu w zasadzie bezużyteczne, bo ludzie wokół mówią w zupełnie niezrozumiałym języku! Chyba właśnie to spowodowało, że przez pierwsze miesiące bardzo znielubiłam niemiecki, i używałam angielskiego kiedy tylko mogłam. Okazało się, że to w sumie bez znaczenia, bo po angielsku prawie wszyscy mówią tu perfekcyjnie! Naprawdę nic dziwnego, że ludzie mieszkający tutaj od kilku lat nie mówią w oficjalnym języku – można bez tego spokojnie żyć!

Czy początki był ciężkie? Zdecydowanie, ale były też ekscytującym wyzwaniem. Z jednej strony cieszę się, że mam ten okres już za sobą, ale z drugiej – jeśli przyjdzie mi przeżyć to jeszcze raz, w innym kraju, to zacznę z uśmiechem i podniesioną głową!

Wpis jest częścią projektu Klubu Polki na Obczyźnie, w którym opowiadamy o swoim pierwszym dniu na emigracji. Pasjonujące historie klubowych koleżanek możecie przeczytać tutaj.

Reklamy

2 thoughts on “Pierwszy dzień w Szwajcarii

Odpowiedz

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s